niedziela, 18 października 2015

[Relacje] Warszawski Festiwal Piwa Jesień 2015

Od czwartku do soboty odbyła się już trzecia edycja Warszawskiego Festiwalu Piwa, po raz drugi na terenie stadionu Legii (co jest akurat dla mnie sporym plusem, bo druga edycja w tym aspekcie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła w stosunku do pierwszej próby na Domaniewskiej).

Tym razem nie było pogodowo tak dobrze jak w maju (deszcz, zimno, ogólnie pogoda nie zachęcała do przebywania poza budynkiem). Ale nawet pomimo tego frekwencja była wysoka.

Z uwagi na inne obowiązki (festiwal w mieście, w którym się mieszka i pracuje ma swoje plusy oczywiście, ale ma też swoje minusy ;)) każdego dnia spędzałem po kilka godzin na festiwalu, spróbowałem ok 20 piw (znów poza kilkoma chlubnymi wyjątkami nie dało się kupić próbek 100 ml, a picie np. RISów po 300, albo i nawet 200 ml szybko pomogło niektórym zakończyć imprezę).

Pierwszego dnia pojawiłem się pół godziny po rozpoczęciu i nie było wielkich tłumów, ani do bramek wejściowych, ani do nalewaków. Tego dnia całkiem pozytywne wrażenie wywarły na mnie smakowe kwasy z Szałpiw (to jeden z nielicznych browarów, który sprzedawał swoje piwa w próbkach 100 ml), ale mistrzostwem w tym dniu (i podsumowując na całym festiwalu) był RIS z Artezana leżakowany w beczce po Bourbonie. Klasa dosłownie światowa!

Drugiego dnia pojawiłem się około godziny 17:00 (impreza tego dnia rozpoczynała się o godz. 11:00) i dosłownie z minuty na minutę festiwal zapełniał się od ciągłego napływu kolejnych fal spragnionych piwnych uniesień. Tego dnia najlepszym piwem okazał się Kingpin Turbo Geezer leżakowany również w beczce po Bourbonie (było to moje drugie podejście, ale w czasie degustacji urodzinowej browaru moje zdolności oceny były już na dosyć niskim poziomie ;)). Jego największym problemem był… RIS z Artezana – po prostu. Wszystko co próbowałem od momentu wypicia tego RISa musiało się z nim równać na festiwalu. I nic mu nie dorównało.

W sobotę, tj. ostatniego dnia pojawiłem się około godziny 20:00 i było już powoli widać, że impreza zaczynała się kończyć (zdecydowanie mniej ludzi niż w piątek o podobnej porze). Tutaj nic mnie nie zachwyciło aż tak jak przez pierwsze dwa dni, było kilka dobrych piw, m. in. Miss Eva, czyli Imperial Brown Ale leżakowany w beczce po niemieckiej whisky, RIS z Birbanta również leżakowany w beczce po whisky (piłem jeszcze wersję leżakowaną w beczce po Bourbonie, ale była słabsza).

Z innych ciekawych mogłoby się wydawać piw były to Imperial Gose z Brokreacji (trochę mało Gose, zbyt przechmielone), tropikalna odmiana Foreign Extra Stoutu z Pinty, Katastorfa z Piwnego Podziemia (użyty słód wędzony torfem), czy też wędzone żytnie AIPA z Nepomucena. Z piw, które zdecydowanie chciałem spróbować, a się nie udało to leżakowany w beczce po czerwonym winie Barley Wine z Pracowni Piwa (rozszedł się w trochę ponad 20 minut).

Ogólnie większych kolejek do piw w przypadku większości browarów nie było. Chyba tylko przy Artezanie i Pracowni Piwa była niemal permanentna kolejka. W innych miejscach (Kingpin, Widawa, Birbant) pojawiała się tylko gdy podpinano jakąś nowość. U reszty był raczej light, a już największy przy kilku reprezentantach browarów na 3p (ewidentnie gorsza miejscówka niż piętro 2).

Jeśli mam opisać cały festiwal jednym motywem przewodnim było to zdecydowanie leżakowanie piw w beczkach po mocniejszych alkoholach (prym wiodły tutaj Bourbon i whisky – swoją drogą Krzysztof Kula z Birbanta pytany przez kogoś na stoisku o rodzaj whisky, z którego pochodziła beczka odpowiedział, że nie ma pojęcia, po prostu po whisky – lekka wtopa jak dla mnie). Szał na mocno chmielone piwa (APA/AIPA/itd.) lekko opadł, ciężko jest już w tej materii uwarzyć coś co wgniecie ludzi w fotel. Kwasy i piwa wędzone to nisza, która raczej nie wyskoczy powyżej jakiegoś poziomu (podobnie jest w branży spożywczej), ale leżakowane w beczkach RISy, portery i inne ciemne style (Barley Wine, FES, Brown Ale, itd.) to imho przyszłość najbardziej kreatywnych polskich browarów.

Odnośnie wykładów to na płatnych nie byłem (nie widzę w tym większego sensu, całą tą wiedzę idzie znaleźć w internecie), a bezpłatne raczej od czasu do czasu jednym uchem słuchałem, więc ciężko wyrokować mi jaki był ich poziom. Festiwal piwny to dla mnie głównie degustacje i spotkanie znajomych.

Podsumowując, zdecydowanie udany festiwal – co więcej ilość dobrych piw jest już tak duża, że po prostu fizycznie niemożliwym jest spróbowanie wszystkiego na co ma się ochotę. Czekam na kolejną edycję, a tymczasem za miesiąc kolejny festiwal z cyklu „musisz tam być”, czyli Poznańskie Targi Piwne.

3 komentarze:

  1. popieram - samiec alfa BA byl najlepszym piwem jakie probowalem przez te 3 dni

    OdpowiedzUsuń
  2. powodzenia w warzeniu piw (które leżakują w beczkach), które rozchodzą się na festiwalu w 20minut... trzeba być szczęśliwcem żeby móc spróbować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwestia ilości. Np. Preparat z Artezana BA był dostępny przez większość festiwalu. Pracownia Piwa miała jeden keg swojego piwa - ot cały problem ;)

      Usuń