poniedziałek, 12 grudnia 2016

Czy istnieją nudne style?

Source: seanseidell.com
Pewien znany bloger piwny twierdzi, że tak, sporo jednak widzę opinii, że nie ma stylów nudnych (w domyśle pewnie poza koncernowymi lagerami - bo te przecież muszą być złe i nudne).  Sporo osób twierdzi, że wszystkie style są równe, tak samo ciekawe (jeśli dobrze uwarzone) i brzmi to niemal jak brednie, że wszyscy ludzie są równie, startują z tego samego poziomu i mogą być kim chcą (powiedzcie to Arnoldowi, że jednak może zostać prezydentem USA, albo dziecku z Bangladeszu, że ma takie same szanse na sukces zawodowy jak dzieci Trumpa).

To jak to w końcu jest? Sam twierdzę, że każde piwo może w odpowiednim kontekście być najdroższą ambrozją (np. Bud Light po 3 godzinach gry w koszykówkę podczas 35-stopniowego upału), ale chyba nie do końca o to chodzi tym, którzy zarzucają nudność niektórym stylom.

Podejdźmy do tego od innej strony, np. kulinarnej. Mając jajko (i powiedzmy sól oraz pieprz) możemy wyczarować kilka dań (na twardo, miękko, sadzone, w koszulce, jajecznicę), ale jakiego byśmy dobrego kucharza nie znaleźli i jak dobrych jajek byśmy nie posiadali nie przeskoczymy pewnego poziomu i nie dostaniemy dania jakie można wyczarować z wołowiny wagyu (też mając tylko sól i pieprz). No nie ma takiej możliwości, żeby nawet najlepiej przyrządzone jajko było bardziej ekscytujące i mniej nudne niż krwisty stek najlepszej jakości (nawet jeśli przygotuje go przeciętny kucharz). Oczywiście można do jajka dorzucić parę dodatków i zrobić wystrzałowe danie, ale czy taki American Hoppy Maibock albo Bitter Barrel Aged to ciągle są wyjściowe, nudne style?

Każdy może potwierdzić, że często im mniej efektowny styl, tym trudniej go nie spartaczyć, ale czy mnie jako konsumenta interesuje ile pracy trzeba włożyć, aby piwo powstało? Nie, mnie interesuje efekt końcowy, więc jeśli dorzucenie tony amerykańskiego chmielu, bakterii kwasu mlekowego czy zalanie piwa do beczki po Bourbonie załatwia sprawę to czemu z tego nie skorzystać (mógłbym wspomnieć jeszcze o bardziej laboratoryjnych dodatkach w piwie, ale wtedy niektórzy obrońcy czystości craftu mogliby dostać palpitacji serca)?

Czasami słyszę od browarów, że kolejne wypasione i ekscytujące piwa interesują garstkę, piwnych nerdów, neofitów i ogólnie picie BA czy Peated/Sour Ale zakrawa o piwną masturbację. Często argument jest podobny "wiemy co się sprzedaje, na czym zarabiamy". Podobnie twierdzą koncerny sprzedając bezpłciowe lagery (przecież gdyby był zbyt i pieniądze z tego to jeszcze jutro wszystkie tankofermentatory koncernów zalane byłyby RISami), czym w takim razie różnią się oni od dużych? "Nakłanianie" do odejścia od bezsmakowych lagerów koncernowych na rzecz APA, IPA czy Milk Stoutów jest ok, ale już pójście dalej i "nakłanianie" do picia RISów BA, Sour Ale’ów czy też Peated Stoutów (zamiast grzecznych Milk Stoutów czy Bocków) to już bufonada i przerost ego? Trochę hipokryzji w tym wyczuwam.

Ludzie lubiący piwo chcą coraz intensywniejszych doznań, ale czasami słyszę, że piwo to napój socjalizujący i nie ma co się w pubie roztrząsać nad RISami z Omnipollo, ale w takim wypadku czemu nie koncernowy lager? Albo wino? Albo coś mocniejszego? Albo woda, jeśli chodzi o spotkanie i rozmowę ze znajomymi?

Podsumowując, są nudne style i nic tego nie zmieni. Tak jak większość (co nie znaczy, że wszyscy) fanów motoryzacji woli szybkie kabriolety (a nie vany na 7 osób), większość miłośników jedzenia woli steka a nie burgera w sieciówce, a większość miłośników mody woli ciuchy od Versace, a nie chińskie t-shirty w klasycznym kroju, tak większość miłośników piwa lubi to co daje większą intensywność aromatów i smaków. Nie ma co się obruszać, że jak ktoś ma do wyboru RISa czy Imperial IPA to wybierze takowe zamiast Maibocka czy innego Kolsha (na pewno znajdzie się ktoś kto będzie święcie twierdził, że woli jednak te niemieckie klasyki - albo kontrrewolucyjny neofita, albo ma pecha, bo jest w mniejszości, a prawa rynku są nieubłagane).

0 komentarze:

Prześlij komentarz